ŚLIZGIEM W PRAWO
Tak więc wszystko i wszystkich można naprawić, tylko nienudziarski żużlowy tor w Rydze. Choć dalibóg próbowano. Kiedyś „jechać do Rygi” znaczyło, że komuś jest niedobrze. Mi też było niedobrze, gdy patrzyłem na to, co się na tej Łotwie wyrabiało podczas GP. Po co poszerzali w Rydze łuki do 15 metrów i je podnosili, skoro nawierzchnia i tak nie pozwalała odkleić się od kredy? Raz się odkleił Fricke w swoim pierwszym starcie i go sponiewierało pod bandą na syfie po deszczu - sorry, tak np. w rajdach samochodowych oficjalnie mówi się na kiepską nawierzchnię. A gdzie plandeka, skoro wiedziano, że przed imprezą lunie z nieba? Krawężnik i koleiny. Gdy ściganci jechali wężej, to podskakiwali jak na crossie. Co chwilę kogoś wyrywało na koło i było ratowanko w stylu „dlaczego babcia ma takie duże oczy”? Poniewierało ich, nawet Zmarzlika i Kurtza. Tor zatem crossowisko z wieloma pułapkami.
Więcej w numerze 33